strona główna  do ulubionych  jako startowa  do druku  poleć stronę  kontakt
New Page 1

             
 

 

 szukaj na stronach serwisu 

 aktualizacja:  2009-10-30 11:29:42

Prasa o Mieście
Prasa o Mieście i Gminie
Aktualnosci  Wiadomości z Urzędu (807)

następny dział   

Straszliwy wrzesień
 
  Pamiętny wrzesień 1939 roku przyniósł mszczonowianom cierpienie i łzy. Ten czas był dla Mszczonowa najtragiczniejszą kartą w jego historii.
Nawet jeśli – jak twierdzą niektórzy- przedwojenny Mszczonów był jedynie sennym i prowincjonalnym miasteczkiem to z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej stał się na swoje nieszczęście szczególnie istotnym punktem komunikacyjnym położnym na trasie niemieckiej ofensywy. Najpierw przez Mszczonów wycofywały się oddziały Armii Łódź, później po wielu bombardowaniach przez miasto przetoczyły się niemieckie kolumny pancerne prące na Warszawę, następnie nasz gród został odbity brawurowym (nocnym) atakiem 31 Pułku Strzelców Kaniowskich, którym dowodził ppułk. Wincenty Wnuk. Za ten chwalebny wyczyn, który wpisał się do historii pamiętnego września, jako jedno z najwspanialszych (niestety nielicznych) zwycięstw polskiego żołnierza –Niemcy zemścili się okrutnie. Kierownik ówczesnej Publicznej Szkoły Powszechniej nr 1 Stanisław Kasperkiewicz, w szkolnej kronice skwitował ich barbarzyństwo następująco: „....Za mało napisał Blasco Ibanez w „Czterech jeźdźcach Apokalipsy”. „Kulturalni” Niemcy pokazali właściwe oblicze. Nie wiadomo, czy które miasto już w pierwszych dniach wojny złożyło taki haracz krwi i mienia, jak nieszczęśliwy Mszczonów”.
Obejrzyjcie Państwo nowe fotografie pokazujące Mszczonów z tamtych dni. Przeczytajcie też fragmenty z dwóch książek („Strzelcy Kaniowscy ...” Witolda Jarno i „Wierni Bogu i Ojczyźnie” Stanisława Podlewskiego), w których zamieszczono opisy- odbicia Mszczonowa z rąk niemieckich oraz wojennych losów mszczonowskiej parafii i jej duszpasterzy. Publikujemy je, aby przybliżyć Wam historię naszej doświadczonej przez los Małej Ojczyzny. Liczymy też na to, że zainteresujecie się obiema pozycjami, a później zechcecie dotrzeć do nich i pogłębić swą wiedzę na temat września’39.

Zespół Wirtualnego Muzeum
Ziemi Mszczonowskiej

Fragment książki Witolda Jarno „Strzelcy Kaniowscy w latach 1919-1939” dotyczący odbicia Mszczonowa z rąk hitlerowskich przez 31 pSK
Rankiem 9 września główne siły 31 pSK (cały I i III batalion oraz mniejsza część II batalionu) znalazły się w rejonie Puszczy Mariańskiej (na wschód od Skiernie¬wic), natomiast większa część II batalionu mjr A. Zwolińskiego odłączyła się po¬przedniego dnia od własnej jednostki i klucząc bocznymi drogami dotarta kilka dni później na prawy brzeg Wisły na wysokości Otwocka. Pododdział ten włączono następnie w skład resztek 10 DP jako II batalion 31 pSK (na jego czele stał nadal mjr A. Zwoliński) i walczył w jej składzie na Lubelszczyźnie. Natomiast mniejszą częścią II batalionu (5 kompania), pozostałą przy macierzystym pułku, dowodził od tego czasu dotychczasowy dowódca 5 kompanii kpt. F. Sitny. Pododdziały 31 pSK wykorzystały pobyt w rejonie Puszczy Mariańskiej na uporządkowanie szeregów oraz odpoczynek pod osłoną gęstego lasu. Do pułku włączono wówczas wielu zagu¬bionych żołnierzy oraz uzupełniono w amunicję i żywność z napotkanych kolumn taborowych. Dzięki temu wieczorem 9 września pułk liczył już około tysiąc osób, z czego połowa znajdowała się w najsilniejszym I batalionie mjr B. Raczkowskiego Następnego dnia do pułku - po trzech dniach wspólnego działania z Kresową BKaw -dołączył III dywizjonu 10 pal mjr M. Borka, składający się wówczas z 3, 8 i 9 ba¬terii (7 bateria została najprawdopodobniej rozbita 8 września).
W czasie pobytu w Puszczy Mariańskiej dowódca 31 pSK podjął 10 września próbę nawiązania łączności z gen. bryg. W. Thommée, o którego obecności w rejo¬nie Skierniewic dowiedział się od spotkanego dowódcy PD 28 DP płk. dypl. Ste¬fana Broniowskicgo. Kilka godzin później gen. bryg. W. Thommée przybył do szta¬bu 30 DP gen. bryg. Leopolda Cehaka w Karolinowie i przekazał rozkaz dalszego odwrotu w kierunku Warszawy przez Mszczonów. Miasteczko to było niezwykle ważnym węzłem drogowym, gdyż, leżało na skrzyżowaniu dwóch głównych dróg - z Piotrkowa Trybunalskiego do Warszawy i z Grójca do Sochaczewa. Dowódz¬two niemieckie także doskonale zdawało sobie sprawę z jego znaczenia i - zaj¬mując je - uprzedziło strona polską. Na szczęście, Niemcy nic spodziewali się w tym rejonie większych sił polskich i obsadzili miasto żołnierzami jednostek tyłowych XVI KPanc. Aby jednak wykonać wspomniany rozkaz odwrotu w kierunku stolicy, należało odbić Mszczonów z rąk nieprzyjaciela. W tym celu gen. bryg. L. Cehak postanowił przegrupować nocą z 10 na 11 września swoją dywizję w rejon Mszczonowa i opanować miasto z zaskoczenia. Niemal w tym samym czasie ppłk W. Wnuk wysłał w okolice Skierniewic dwóch oficerów z dowództwa pułku, którzy mieli nawiązać łączność z przebywającymi tam wojskami oraz po¬dać rejon obecnej koncentracji 31 pSK. Jeden z oficerów dotarł do dowództwa 30 DP, gdzie gen. bryg. L. Cehak oświadczył, że podporządkowuje sobie jednostkę ppłk. W. Wnuka. Jednocześnie nakazał, aby strzelcy 31 pSK przegrupowali się nocą w pobliże Mszczonowa i czekali tam na nadejście 30 DP, po czyni -jak już wspomniano - mieli z zaskoczenia opanować Mszczonów i otworzyć tym samym drogę odwrotu na Warszawę. Trudno jednak stwierdzić, czy ów rozkaz dotarł do dowództwa 31 pSK, ponieważ ppłk. W. Wnuk w późniejszych wspomnieniach napisał, że rozkazu takiego nic otrzymał i nie miał pojęcia o podporządkowaniu własnej jednostki dowódcy 30 DP według dowódcy I batalionu mjr B. Raczkowskiego ppłk. W. Wnuk otrzymał rozkaz nie z dowództwa 30 DP, lecz bezpośrednio ze sztabu gen. bryg. W. Thomméego. Zgodnie z nim 31 pSK miał przegrupować się przez Nową Hutę, Świnice, Mszczonów, Grzegorzcwice i Suchodół w kierunku Tarczyna, a więc dwa kilometry dalej na północ niż określił to dowódca 30 DP. Tym samym, zakładając, że rozkaz faktycznie dotarł do sztabu 31 pSK, pułk ten podjął marsz w kierunku wschodnim kilka godzin wcześniej niż dywizja gen. bryg. L. Cehaka. Ponadto przemieszczał się drogami położonymi bardziej na północ niż trasa marszu pododdziałów 30 DP przez co nie mógł spotkać kolumn marszowych tejże dywizji. Jej przegrupowanie rozpoczęło się po zmierzchu i po przejściu około 20 km jej czołowy 82 pp ppłk. dypl. Antoniego Chruściela zatrzymał się w rejonie miejscowości Rudki-Młyn, gdzie miał połączyć się ze strzelcami kaniowskimi. Tych jednak w tej okolicy nic było, gdyż w kierunku Mszczonowa przemieścili się innymi drogami kilka godzin wcześniej. Z kolei 30 DP przebywała w osiągniętym rejonie do 11 września, po czym po przeanalizowaniu ogólnej sytuacji i własnych możliwości gen. bryg. L. Cehak około godziny 3.00 odwołał planowane natarcie na Mszczonów i nakazał powrót do Puszczy Mariańskiej, skąd miano przebijać się do stolicy przez Żyrardów. Ta decyzja dowódcy 30DP została tego dnia zatwierdzona także przez gen. bryg. W. Thommée.
Przed świtem 11 września żołnierze 31 pSK dotarli w okolice Mszczonowa. W straży przedniej szedł I batalion mjr Bolesława Raczkowskiego wzmocniony pułkowym plutonem artylerii piechoty por. Witolda Szpilewskiego. Za nim maszerował 111 batalion mjr Tadeusza Ujwarego i część II batalionu pod dowództwem kpt. Feliksa Sitnego, za którymi podążał III dywizjon 10 pal mjr Michała Borka, tabory putku oraz niedobitki 30 pal ppłk. Zygmunta Lewandowskiego i 13 dak ppłk. Janusza Grzesły. Wykorzystując panujące ciemności, strzelcy I batalionu 31 pułku wkroczyli o godzinie 4.00 niepostrzeżenie do Mszczonowa. Tak oto wspominał te chwile jeden z żołnierzy pułkowego plutonu artylerii:

„Żołnierze, nie znając jeszcze rozkazu dowódcy pułku, odpoczywali grupkami na leśnym posłaniu. Ja również zmęczony, siedziałem sam oparły o pień wysokiej sosny i patrzyłem z żalem na stojące opodal w zaprzęgu głodne konie, wyszukujące w kępkach mchu resztek pożółkłej trawy. Była godzina 3 a może 4 po północy. Z zamyślenia wyrwał mnie głos dowódcy plut. art. sierżanta Dobrakowskiego, który dowodził naszym plutonem już od trzeciego dnia wojny, gdyż dotychczasowy dowódca plutonu art. por. Szpilewski zaginał bez wieści podczas nocnych walk w pasie granicznym - w rejonie Gruszczyc i Blaszek. Otrzymałem rozkaz nie¬zwłocznego maszerowania z działonem za szpicą, w ugrupowaniu straży przedniej, w kie¬runku miasta Mszczonowa. Wydałem odpowiednią komendę i zaprzęgi ruszyły za mną w na¬kazanym kierunku. Za nami poszły pozostałe kolumny naszego wojska. W półmroku do¬strzegłem idącego również w straży przedniej dowódcę pułku, ppłk. Wnuka. Doszliśmy do pierwszych zabudowań miasteczka. Wąska uliczka od strony Żyrardowa prowadziła do rynku, gdzie krzyżowały się główne drogi. Maszerująca kolumna zatrzymała się. Nastała chwila ogólnej ciszy i wyczekiwania. Wreszcie błysnęła nad miastem rakieta, umówiony znak, że kapral Ciupek, wysiany przez dowódcę szpicy, doszedł ze swoją drużyną do wyznaczonego miejsca. Dowódca straży przedniej [kpt. Kazimierz Skorupski, dowódca 8 kompanii 31 pSK - WJ] dał znak do ataku. Ruszyliśmy galopem. Przy zbiegu ulicy z rynkiem zatrzymałem działon z jednoczesną komendą do odprzodkowania. Tu pozostały zaprzęgi z przodkami, rów¬nież jaszcz, natomiast samą armatę wtoczyliśmy na rynek. Biegiem doniesiono skrzynię z amunicją. Cały ten manewr odbył się szybko i cicho. Ażeby zapewnić całkowitą ciszę, już wcześniej żelazne koła armaty zostały owinięte szmatami. Wtaczanie działa ubezpieczały ciężkie karabiny maszynowe z kompanii por. Malanowicza [por. Antoni Malanowicz dowódca 3 kompanii CKM – WJ]. Stanowisko dla działa wybrałem po północnej stronie rynku. Był to mały płac w kształcie kwadratu, otoczony z czterech stron budynkami, pośród których góro¬wał kościół z jedną wieżą, usytuowany narożnie. Po przeciwnej stronie ryneczku, u wylotu ulicy w lewym narożniku (obecnie ul. Sienkiewicza) stał niemiecki czołg. Kilka metrów dalej, był widoczny tył drugiego czołgu.”
Z kolei inny żołnierz tego pułku tak zapamiętał te chwile:
„Kazałem zdjąć cekaemy z wózków, żeby nie było terkotu, chrzęstu uprzęży, nieśliśmy sprzęt na plecach i tak po cichu doszliśmy do rogatek Mszczonowa. [...] Uderzyliśmy na Mszczonów pod osłoną naszej artylerii. Wdarliśmy się do miasta i ustawialiśmy zaraz, karabiny maszynowe na wszystkich skrzyżowaniach i wylotach dróg. [...] Zrobiliśmy duże zamieszanie na tyłach niemieckich, bo oni sądzili, o czym dowiedziałem się później, że nasze działanie pod Mszczonowem odbywa się w powiązaniu z natarciem generała Kutrzeby spod Kutna i Bzury.”

Niemcy nocujący w miasteczku zorientowali się o grożącym niebezpieczeństwie dopiero kiedy strzelcy kaniowscy opanowali już jego centrum. Wywołało to niemałą panikę w szeregach wroga. Tak ową walkę zapamiętali żołnierze pułkowego plutonu artylerii:
„Szybko opanowałem swoje zdenerwowanie i wydałem komendę: czołgi z przodu, celuj wprost - ognia. Działo zionęło ogniem na wskazany cel. Odgłos wystrzału odbił się dalekim echem i zmącił ciszę śpiącego miasteczka. Niezwłocznie odezwały się karabiny maszynowe i pojedyncze strzały z broni ręcznej, wprowadzonej do walki naszej piechoty Dwa pociski, jeden po drugim, ugodziły stalowego olbrzyma. Wydobywające się z wnętrza kadłuba smugi dymu i ognia, upewniły nas, że został zniszczony. Tymczasem następny czołg, widoczny tylko częściowo, cofnął się do tylu i lufa jego działka zaczęła się obracać w kierunku naszego stanowiska. Bez wahania wydałem nową komendę „ognia". Znowu kolejny pocisk uderzył z hukiem w opancerzony kadłub. Wyrwana i podrzucona w górę pokrywa włazu spadła z brzękiem na twardy bruk, zaś karabin maszynowy czołgu przesiał terkotać. [...] W odległości około 300 metrów spostrzegłem niemiecki samochód ciężarowy. Biegli do niego niemieccy żołnierze. Chwyciłem za drążek celowniczy, obsługa za koła i szybko skierowaliśmy lufę działka w tę stronę. Zdążyliśmy wyprzedzić biegnących Niemców. Wystrzał i pierwszy pocisk trafił samochód. [...] Ogień z naszego działa skutecznie odpierał ataki czołgów i pomagał w walce własnym oddziałom piechoty.”
Niemcy próbowali wyprowadzić z. Mszczonowa swoje pojazdy mechaniczne, co im się jednak nie udało z uwagi na silny ostrzał ulic wylotowych przez baterie III dywizjonu 10 pal. Nieprzyjaciel nie zamierzał jednak dobrowolnie opuścić owej miejscowości, gdyż pełniła ona ważną rolę, jako punkt etapowy niemieckiego XVI KPanc. Przebywały tu wówczas jednie oddziały tyłowe i służby zaopatrujące m.in. l i 4 DPanc oraz 31 DP, dzięki czemu po krótkiej lecz intensywnej walce cale miasteczko znalazło się w polskich rękach, co poważnie podniosło — nadwątlone w toku dotychczasowych walk - morale
Żołnierze 31 pSK zdobyli wiele łupów wojennych w postaci składów amunicyjnych, obfitych zapasów żywności oraz bezcennych do dalszego odwrotu map. Tak wspominał te radosne chwile jeden z żołnierzy pułku:
„Radość ze zwycięstwa udzieliła się wszystkim walczącym. Rynek wypełnili tłumnie żołnierze. Słabnące odgłosy walki z sąsiednich uliczek, świadczyły o udanym ataku na nieprzyjaciela. Podszedł do mnie major Borek, dowódca III dywizjonu 10 pułku artylerii lekkiej i złożył mi gratulacje. [...] Zbliżyliśmy się do czołgu, który jeszcze przed kilkoma minutami mógł przechylić szalę zwycięstwa na korzyść wroga. Przyjrzałem mu się z bliska. Miał strzas¬kany przód i zerwaną prawą gąsienicę. [...] Rozejrzałem się wokoło. Opodal stal ppłk. Wnuk w gronie swego sztabu i przesłuchiwał stojących przed nim czterech oficerów niemieckich, wziętych do niewoli. Nasi żołnierze przerwali im sen i wyciągnęli z łóżek. Oswobodzono też około 200 polskich jeńców, pojmanych w dniach poprzednich przez hitlerowskich najeźdźców. Nastał dzień. W porannym wrześniowym słońcu dogasały ognie spalonych czołgów i samo¬chodów, oblanych przedtem benzyną przez naszych pionierów. Dokonano też zniszczenia pozostałej zdobyczy: materiałów pędnych, broni ręcznej i maszynowej, amunicji oraz innego
sprzętu pomocniczego.”
Po uzupełnieniu podstawowych braków strzelcy kaniowscy zniszczyli resztę zdobytego sprzętu i zaopatrzenia, i około godziny 9.00 opuścili Mszczonów, kierując się do kompleksu leśnego położonego na północ od Grzegorzewic (10 km na wschód od Mszczonowa). Moment ten tak zapamiętał Stanisław Świerczyński:
„Wyszliśmy z miejskich zabudowań i opłotków. Mszczonów został za nami, ale utkwił głęboko w pamięci. Doszliśmy do rozwidlenia dróg: szosa w lewo prowadziła do Warszawy, zaś prawe rozwidlenie to polna droga. Tą drogą poszły nasze oddziały. W dali rysowały się kontury dużego kompleksu leśnego.”
Zdobycie przez pododdziały 31 pSK Mszczonowa było wyczynem, który przyniósł pułkowi chwalę. Swoim działaniem doprowadził on choć na krótko do powstania paniki w niemieckim dowództwie, nie orientującym się w siłach, jakie wzięły udział w porannej walce. Strzelcy odnieśli chwilowy sukces taktyczny, który - choć nie przyniósł wymiernych korzyści operacyjnych - podniósł jednak upadające morale. Warto podkreślić, że za swój wyczyn 31 pSK jako jedyny z pułków strzelców kaniow¬skich został w 1966 r. odznaczony orderem Virtuti Militari. W dowództwie niemiec¬kim wiadomość o zdobyciu Mszczonowa wywołała zamieszanie i chwilową konster¬nację, gdyż nie spodziewano się już w tym rejonie większych oddziałów polskich. Natychmiast też w kierunku miasta skierowano pododdziały rozpoznawcze l i 4 DPanc oraz główne siły 31 DP, rezygnując tym samym z forsowania Wisły w okolicach Góry Kalwarii.
W lasach koło Grzegorzewic przemęczone oddziały rozłożyły się na odpoczynek, spodziewając się nadejścia dywizji gen. bryg. L. Cehaka. Zamiast tego rozpozna¬nie doniosło, że w godzinach popołudniowych do opuszczonego Mszczonowa wkro¬czyli ponownie Niemcy - l Brygada Pancerna z l DPanc, 7 dywizjon rozpoznawczy z 4 DPanc i 12 pp z 31 DP. W tym samym czasie ppłk. W. Wnukowi doniesiono o pojawieniu się podjazdów niemieckiej 31 DP z kierunku północnego od strony Tarczyna i Piaseczna. W tej sytuacji dalsze przebywanie w tym rejonie groziło rozbiciem pułku, wobec czego jego pododdziały opuściły go w godzinach wieczornych i skierowały się do kompleksu leśnego na południe od miejscowości Łoś, położonego 8 km na wschód od zajętego już przez Niemców Tarczyna. Tym razem osłabione pododdziały 31 pSK nie podjęły próby wyparcia wroga ze wspomnianej miejscowości, lecz pod osłoną ciemności przekroczyły nocą z 11 na 12 września drogę Tarczyn-Grójec na wysokości Głuchowa.


Poniżej zamieszczamy fragmenty książki
Stanisława Podlewskiego pt. „Wierni Bogu i Ojczyźnie”

(Wydawnictwo Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego
Instytut Prasy i Wydawnictw –NOVUM
Warszawa 1985), które dotyczą tragicznych, wojennych wydarzeń mszczonowskiej parafii i jej księży.

* * *
W Mszczonowie, w dniu 11 września, banda rozwścieczonych hitlerowców wpada na plebanię, wyciąga ks. Józefa Wierzejskiego, proboszcza tej parafii i rozstrzeliwuje pod murem kościoła parafialnego. Tego samego dnia przed plebanią zostaje zabity, podczas opatrywania rannego, ks. Władysław Gołędowski, wikariusz tej samej parafii. [...]
[...]Po kapitulacji Warszawy i wymarszu oddziałów WP — ksiądz Franciszek Borowiec, kapelan rezerwy 79 Pułku Strzelców po¬wraca do Żyrardowa, gdzie do wybuchu wojny światowej w miejscowym Gimnazjum Koedukacyjnym oraz w Szkole Podstawowej im. Marii Konopnickiej pełnił obowiązki prefekta. Udaje się do księdza Marcelego Kossakowskiego, dziekana żyrardowskiego. Od niego dowiaduje się, że miejscowi Niemcy i volksdeutsche załatwiają z Polakami różne dawne porachunki i poszukują księdza Borowca. Musi im zejść z oczu.
Na kilka miesięcy przed agresją hitlerowską na terenie Fabryki Garbarskiej w Żyrardowie wykryto tajną radiostację, ob¬sługiwaną przez miejscowych Niemców: nauczyciela gimnazjum Klattowa, pastora Wirtenberga i jednego z członków jego ro¬dziny, zresztą oficera rezerwy Wojska Polskiego. Ksiądz Borowiec, jako prefekt tego gimnazjum wraz z gronem nauczycielskim i młodzieżą szkolną ostro napiętnował publicznie zdrajców. Niemcy poprzysięgli mu zemstę.
Ksiądz dziekan Kossakowski, informując o tym, tak kończy rozmowę:
— Ksiądz prefekt nie może tutaj pozostać ani minuty. Ple¬bania jest pod .stalą obserwacją. Jedziemy natychmiast do Mszczonowa i ksiądz obejmie tam osieroconą parafię, której proboszcz, ks. Józef Wierzejski został zamordowany w dniu 11 września. Czynu tego dokonali żołnierze niemieccy zdążający ku oblężonej Warszawie w odwet za wzięcie do niewoli przez oddział WP pię¬ciu oficerów niemieckich. Wraz z proboszczem Mszczonowa zginął jego wikariusz ksiądz Władysław Gołędowski, opatrujący ciężko rannego żołnierza WP oraz burmistrz i miejscowy lekarz.
Ksiądz dziekan z ks. Borowcem wyruszają do Mszczonowa. Tu pierwsze kroki kierują do burmistrza Dregera, volksdeutscha. Razem z nim idą na plebanię, którą zajmuje oddział Wehrmachtu, w wejściu stoją posterunki z bronią. Dowódca oddziału wyraża zgodę, aby ksiądz zajął wolny pokój. Ksiądz Borowiec zastaje kościół parafialny w okropnym stanie. Przez kilka tygodni znajdował się w nim obóz jeńców polskich, a następnie niemiecki szpital polowy. Cały kościół zasłany jest przegniłą słomą, konfesjonały zamienione na ubikacje, ołtarze zniszczone. Nad chórem wielki portret Hitlera.
Ksiądz Borowiec zajmuje wolny pokój. Wśród mieszkańców lotem błyskawicy rozchodzi się wieść, że przybył nowy ksiądz proboszcz. Następnego dnia, w sobotę, ludzie przychodzą gromadnie do zakrystii, witają księdza, zarzucają go pytaniami, oczekują od niego pokrzepienia, otuchy i wiadomości. Ksiądz prosi ich, aby mu pomogli uporządkować kościół, chce bowiem odprawić Mszę Świętą... Wraz ze wszystkimi zabiera się do pracy.
Nieoczekiwanie do kościoła wchodzi jakiś oficer z dwoma żołnierzami uzbrojonymi w karabiny, wypędzają wszystkich, a księdza proboszcza wyprowadzają przed kościół i każą mu stanąć pod ścianą. Jedna z kobiet biegnie do burmistrza Dregerga, za¬wiadamia go, że Niemcy aresztowali księdza proboszcza, chcą go rozstrzelać, prosi, aby go ratował. Burmistrz przychodzi na¬tychmiast i poleca księdzu, aby pokazał oficerowi pismo wyra¬żające zgodę niemieckich władz wojskowych na prowadzenie pra¬cy duszpasterskiej w parafii Mszczonów.
— To mi nie wystarcza — oświadcza ów oficer. — Musi być zezwolenie Komendanta Okręgu Wojskowego w Żyrardowie. Na tym terenie trwa stan wojenny. Jeśli do godziny 15 nie otrzy¬mam takiego zezwolenia, to ksiądz zostanie tutaj rozstrzelany za samowolne postępowanie. Burmistrz-volksdeutsch. pisze kartkę do księdza dziekana Kossakowskiego i prosi go, aby od Komen¬danta Okręgu Wojskowego w Żyrardowie dostał takie zaświad¬czenie. Natychmiast z kartką wysyła młodego mężczyznę na rowerze.
Ksiądz Borowiec wciąż stoi pod parkanem pod strażą żołnie¬rzy. Tuż przed godziną 13 ksiądz dostrzega z dala na drodze burmistrza Dregera z jakimś podoficerem, burmistrz w ręku trzyma arkusz białego papieru i macha nim niecierpliwie. „Pa¬pier ten oddaje oficerowi, a sam powiada do księdza:
— Teraz ksiądz może spokojnie pełnić swoje obowiązki. Jeśli w czymś mógłbym pomóc...
— Jutro niedziela, chciałbym odprawić nabożeństwo dla moich parafian w kościele.
Burmistrz przysyła kilkanaście kobiet. Do zmroku cały ko¬ściół zostaje jako tako uporządkowany.
Wielu parafian pragnie się wyspowiadać, lecz wszystkie konfesjonały nie nadają się do tego, więc ksiądz zasiada na krześle i przez trzy godziny słucha spowiedzi, po czym udaje się na plebanię, aby zabrać stamtąd kielich i patenę. Wychodząc dostrzega przy schodkach oficera niemieckiego z kolumny sanitarnej, rozmawiającego po niemiecku z kobietami. Mija go szybko. W zakrystii wkłada kapę, odprawia aspergę, widzi rozpogodzone twarze ludzi, wypełniających po brzegi kościół. Wchodząc na ambonę dostrzega przy głównym wejściu poruszenie. Organista z chóru daje mu jakieś znaki. Kazanie przebiega jedne spokojnie. Po skończeniu go ksiądz wraca do zakrystii, po czy wychodzi z Mszą świętą. Wierni śpiewają z ogromną mocą „Serdeczna Matko” i „Kto się w opiekę odda Panu Swemu”. W za¬krystii, gdy ksiądz zdejmuje już ornat, podbiegają do niego strwo¬żone kobiety:
— Niemcy chcą księdza zastrzelić! — wołają.
— Ten oficer, stojący na schodkach, ksiądz przechodził koło niego, czeka na księdza. Mówił do ludzi, że tak samo wykończy księdza, jak tych dwóch jego poprzedników, którzy leżą w świeżych mogiłach na cmentarzu kościelnym!
Swoim zwyczajem, rano 10 listopada, ksiądz proboszcz rozmawiając przed plebanią z parafianami i wydając dyspozycje kościelnemu — dostrzega podjeżdżający samochód wojskowy. Z samochodu wyskakuje jakiś Niemiec w czarnym mundurze, podbiega do księdza i ze zwierzęcym rykiem zaczyna bić go szpicrutą po głowie. Następnie wzywa dwóch żołnierzy stojących na warcie, każe im iść za księdzem na plebanię, rozkazując, aby zabrał stamtąd koc. Potem nakazuje księdzu wsiąść do samochodu, w którym znajduje się dwóch Żydów. Ksiądz orientuje się, że wiozą ich do Grodziska. Samochód zatrzymuje się przed budynkiem więziennym. Ksiądz zostaje wepchnięty do zbiorowej celi. Poznaje wielu swoich znajomych księży i osoby świeckie. Jest tu ksiądz Stanisław Jóźwiak, proboszcz i dziekan grodziski, ksiądz Józef Kołodziejski, prefekt z Milanówka, ks. Jan Kazimierski, proboszcz z Baranowa. Poza tym burmistrz miasta Gro¬dziska, dyrektor fabryki. Od nich dowiaduje się, że w związku ze świętem niepodległości 11 listopada, wszyscy zostali areszto¬wani jako zakładnicy.
Dzięki interwencji pułkownika Wehrmachtu, rodem z Ba¬warii, który kwaterował na plebani u księdza dziekana Jóźwiaka, po trzech tygodniach wszyscy księża-zakładnicy zostają zwol¬nieni, natomiast osoby cywilne wywiezione do obozu koncentra¬cyjnego w Radogoszczy koło Łodzi.
Ksiądz Borowiec jedzie do Mszczonowa. Tu od organisty do¬wiaduje się o „wizycie" volksdeutschów z Żyrardowa, którzy wy¬pytywali o niego. Organista odpowiedział im, że nie wie, co dzie¬je się z księdzem, ani gdzie się może znajdować. Ksiądz zdaje sobie sprawę, że niemieccy koloniści żyrardowscy chcą go dostać w swoje ręce, aby się z nim rozprawić. Rano opuszcza Mszczonów i wyjeżdża do Warszawy. Idzie do Kurii Biskupiej, o wszystkim opowiada księdzu kanclerzowi Zygmuntowi Choromańskiemu i pyta, co ma teraz robić? Od kilku tygodni poszukuje go gestapo i koloniści niemieccy. Powrót do parafii jest niemożliwy.
— Ksiądz nie może tam wrócić — mówi kanclerz — parafię w Mszczonowie obejmie ksiądz Zygmunt Wądołowski.



Fotografie i opisy pozyskane przez Wirtualne Muzeum Ziemi Mszczonowskiej
 
 
GCI    powrót
2006-09-01 14:53:07
 

 
Instytucje, fundacje...
Firmy naszego miasta i gminy...

Media...

   Copyright